Moja córka i ja.
Nie mam dzieci. Nie będę ich mieć. Co jakiś czas jednak mijam swoją córkę na ulicy. Od roku nosi maseczkę. Nie mogę więc tak swobodnie, jak dotąd, doszukiwać się w niej podobieństw. Nie mam już także tylu okazji, by mierzyć się z przeciwieństwami. Podczas pandemicznych spotkań na chodniku przy huczącej ulicy, co najwyżej staje między nami lub na naszą korzyść: sylwetka, kształt i kolor oczu, sposób chodzenia, drobne gesty. Moja córka czasem nosi blond włosy, najczęściej jednak zauważam ją, gdy rozpuszcza te długie i ciemne. Gdy przypomina moją rodzinę, a w szczególności rodzinę taty, czyli tę, do której i ja jestem podobna. Niekiedy, zwłaszcza, gdy pada śnieg, moja córka nosi kolorowe czapki i fikuśne maseczki. Raz bywa wysoka, raz niewiele większa ode mnie; drobna i niska.
Najczęściej mocno się spieszy. Niesie teczkę pełną książek i notesów. Myślę wtedy: moja krew! Wiem, to szokujące wyznanie w obliczu faktu, że nie znamy się nawet z imienia.
Ale ja nie potrzebuję go znać, wystarczają mi jej oczy sczytane przez książki i zaparowane od spętanego w maseczce oddechu – okulary. Czasem wyprawiam dla niej obiad, planuję jakie lektury polecę jej na wolne od pośpiechu chwile. Bywają popołudnia, gdy myślę, co powiem jej, gdy dopadnie ją podobny, a rozwiązany już przeze mnie, problem.
Obiad zjadam sama, książki odkładam na regał.
Ale mam córkę.
Odnalezioną wzrokiem na ulicy dużego miasta.
I przez te kilkanaście sekund naprawdę moją.
Komentarze
Prześlij komentarz