Pęknięty grzbiet szarego mydła.
Blade ciałko szarego mydła spoczywało nieruchomo w fajansowej mydelniczce. Miało boleśnie i głęboko pęknięty grzbiet, a i boki obsychały mu z każdą godziną coraz widoczniej. Łuszczyło się na wzór spracowanych dłoni dziadków. To oni zapewne użyli mydła dziś jako ostatni, pomyślałam wówczas. Zaraz po śniadaniu, tuż przed rozpoczęciem pracy, porządnie oczyścili skórę swoich rąk i dali się pochłonąć biegowi życia. Stałam nieruchomo naprzeciw kuchennego zlewu i wytężałam kilkuletni wzrok. Wtedy nie rozumiałam jeszcze, dlaczego ten widok porusza mnie do głębi.
Już jako dziecko marzyłam o tym, by móc istnieć poza ciałem. Odczuwałam je jako pułapkę, w której boleśnie utknęłam, ale też jako żywy cel, w stronę którego zbyt wielu ludzi kieruje swoje działa. Szamotałam się, obumierałam pośród ciała, czasem nadal to robię. Uderzam w wewnętrzne ściany swojej fizyczności i proszę o litość, o wolność. Nieraz przecież dosłownie i przenośni – coś we mnie pękało, a potem leżałam z tym nieruchomo bez nadziei na cud.
Tamto wyjące pęknięcie w mydle zawodzi we mnie do dziś. Nie tylko z osobistego powodu. Słyszę jego jęk, wrzask i niemoc za każdym razem, gdy widzę cierpienie słabych i zależnych. Najgorsza jest świadomość tego, jak wielu z nas skrywa potrzebę (chcę wierzyć, że nieświadomą) zadawania innym bólu, tańczenia na ich rychłym grobie psychicznym czy fizycznym. Zdaję sobie sprawę, że wymaga to podjęcia konkretnej pracy nad sobą, a ta nie należy do przyjemnych.
To prawdziwy dramat, że zagrażamy sobie wzajemnie nawet słowami, że pomijamy w drugim człowieku tak czułe środowisko, jakim jest jego życie emocjonalne. A przecież właśnie tam, w tej uwrażliwionej krainie, może spotkać nas o wiele więcej dobra niż tej podstawowej, fizycznej wersji świata. Podawanie komuś dłoni, swoich ramion, a nawet kubka z kawą – pamiętając, że szmerze w nim rzeka głębokich odczuć, jest zupełnie innym spotkaniem, niż to, w którym panuje przymus ważenia, mierzenia, przypisywania do konkretnej grupy społecznej, wartościowania.
Gdy leżałam nieruchomo jak to pęknięte, szare mydło – mógł uratować mnie tylko ktoś, kto zwróciłby uwagę na mój wewnętrzny świat i zechciałby z nim pobyć. Niewiele i tak wiele. Zauważyć czyjeś pomieszanie, czyjś ból, potraktować poważnie czyjąś niemożność i przytulić ją do siebie. Nie osądzać, nie popędzać, nie wymuszać zmian, nie uciekać od tego co nieprzyjemnie kłuje w serce – czyjaś bezradność, smutek, rozpacz.
Wiele emocjonalnych pęknięć zrasta się dzięki dobremu połączeniu z drugim człowiekiem. Każdemu życzę takich, sobie także.
Do dziś kupuję szare mydło. Głaszczę je i zauważam podczas codziennych zajęć. Staram się pamiętać swoje uczucia z tamtego dnia, hipnotyczny widok pękniętego grzbietu mydła i brak reakcji świata na nie. To daje mi siłę i uważność do tego, by przerywać ciszę, gdy pęka mój grzbiet dziś i gdy wokół mnie pękają inne.
Boję się, ale chcę przedostawać się za zasłonę ciała i zobaczyć więcej. Naprawdę przy kimś być.
Komentarze
Prześlij komentarz