Kuna
Środek nocy. Budzę się, gdy kot wskakuje na zewnętrzny parapet. Siadam na łóżku, najpierw widzę jego znieruchomiałą, puszystą postać, zapatrzoną w śnięte osiedle. Obleciał już swój rewir i zamierzał wejść do ciepłego łóżka. Podsuwam się, by otworzyć okno. Przyglądam się uważniej i dopiero teraz zauważam, że nie jest sam.
Widzę ją. Popisuje się przed naszym kocurem, pokazując swoje możliwości na środku osiedlowej drogi. Sprawia wrażenie jakby droczyła się z nim, że jeśli zechce, wskoczy do niego na parapet. On nie reaguje, nie czuje się chyba ani zagrożony na poważnie, ani skłonny do zabawy. Obserwuje ją kątem oka, widzę po jego postawie, że nie jest obojętny.
Na wsi, na obrzeżach której stoi mój rodzinny dom, kuny nierzadko pokrzykiwały wieczorami. Ich odgłosy dobiegały do moich okien zwłaszcza w bezwietrzne, ciepłe noce. Czasem, towarzysząc sobie w bezsenności zastanawiałam się, czy to nie aby jakiś nadpobudliwy, wnerwiony pies, wydaje siebie te krótkie szczeknięcia.
Wspominam dziś pewien ciepły, późny wieczór sprzed dwudziestu lat. Odprowadzałam koleżankę (tak niedużą jak i wówczas ja) do skrzyżowania, czyli do miejsca, z którego obie miałyśmy podobną ilość drogi powrotnej do pokonania. Było jakoś strachliwie w tamtych dniach. Tyle co na naszej wsi próbowano porwać chłopca, który wracał od staruszki, która wówczas jeszcze sprzedawała mleko od swoich krów. Nie wiem, dlaczego spotkałyśmy się tak późno. To z pewnością jedna z bolesnych historii i niestety na mój temat.
Obrałyśmy więc kurs na tak zwaną krzyżówkę. Przechodziłyśmy właśnie obok ogromnego, wielorodzinnego gospodarstwa. Takiego, jakie Niemcy budowali z wielkim rozmachem, by pomieścić w nim wielu ludzi, setki zwierząt i tony zebranych plonów. Budynki mieszkalne, obory, kurniki, stodoły, spichlerze – zabudowane na wielkim kwadracie, z dziedzińcem i starym dębem pośrodku. Nagle pojawiła się ona. Jak żywy wykrzyknik w ciemności. Przebiegła nam po stopach i wspięła się po fasadzie jednego z tych gmaszysk.
Przestraszałyśmy się nie na żarty, ale jak tylko dotarło do nas kto na nas „wpadł”, zaśmiewałyśmy się do rozstania w wyznaczonym miejscu. Umówiłyśmy się wtedy, że jak tylko dotrzemy do krzyżówki, obie sprintem, tak jak i ona – ruszymy w stronę swoich domów. Zapamiętałam ten jej spryt, nieosiągalność, niezależność. Zapewne mieszkała w jednym ze spichlerzy i była zmorą właścicieli. A może niekoniecznie.
Patrzę na nią na zdjęciu udostępnionym przez Wikipedię. Wspominam tę nocną, sprzed wielu lat, która spotęgowała strach małych dziewczynek i szybko obróciła go w żart. Widzę także tę sprzed dwóch nocy, na wrocławskim osiedlu, popisującą się przed moim kotem. Chytry uśmieszek, nerwowy, ostry syk, a potem szczek.
Zamieszkują wiele miejsc na świecie, a jednak, gdy na nią patrzę widzę kogoś egzotycznego, dostojnego, kogoś silnego w byciu sobą. Nieuchwytnego, pięknego. Uśmiecha się teraz do mnie z wirtualnego zdjęcia, jakby mówiła – jestem krótkim listem z innego świata, nie przegap mnie. Popatrz, tańczę przed tobą, popisuję się i rozdrażniam. Chwila nieuwagi, a wskoczę na twój parapet i będziesz musiała coś ze mną począć. Chcę przerwać ci twój tok myślenia, ubarwić wieczór, dorzucić kilka niewiadomych, by z całych sił potem uciec w noc. Nie przytulisz mnie, ale poczujesz. Wykorzystaj ten przerywnik, chwilę oddechu, zaskoczenie. Rozejrzyj się po swojej codzienności. Może możesz jakąś cząstkę mnie wszczepić do swojego wnętrza? Jeden dziki dźwięk, syk, szczek, jakiś ruch z zaskoczenia?
Zanurkuj w swoją głęboko skrywaną noc. Może spotkasz tam większych od siebie drapieżników, ale może też słodki zapach śpiących łagodnie roślin. Zaciekaw się, ożyj. Zajrzyj tam, gdzie zwykle nie patrzysz. Pomyśl o tym, co dotąd przechowywałaś w cieniu.
Komentarze
Prześlij komentarz