Buty

Od jakiegoś czasu nie noszę butów. Zapominam dotyku miękkiej wyściółki kapci, uścisku cieniutkich paseczków zaplatających moją stopę w sandałkach. Próbuję przypomnieć sobie jak to było zastanawiać się, stojąc zimą po kostki w śniegu, czy jeśli zatrzymam swoje niepewne nogi przed przejściem dla pieszych, ruszę potem z miejsca po kilku minutach bezruchu. Było wówczas tak biało! Patrzyłam na maleńki warzywniak stojący po przeciwnej stronie drogi. Obierałam go sobie w myślach za pierwszy cel. Wystarczy, że dojdę do niego, potem już będzie lżej. Następny jest przystanek, szyld z napisem ślusarz, kosz na śmieci, parterowe okno staruszki zastawione religijnymi obrazkami. 


Nie było mi łatwo, ale lubiłam te dylematy. Ciepłe trzewiki, dobrze trzymające mnie przy ziemi pozwalały mi przejść spory kawałek. W drodze powrotnej kupowałam owoce, kilka buraków, cytrynę. Wiedziałam, że idę, że niosę, choć większość mijających mnie ludzi zapewne poruszało się bezwiednie. Ja od wielu lat poruszam się świadomie. Dokładnie znam cenę produktów na obiad doniesionych do domu. Nie przeliczam ich na złotówki. Dotykam ich, napawam się zapachem świeżej włoszczyzny, którą miałam przywilej wybrać sama i sprowadzić do mojej kuchni. Uporczywie pamiętam, że przyjdą momenty, gdy nie będę mogła wstać i iść, zamieść podłogi, zaparzyć kawy – kiedy tylko przyjdzie mi to do głowy. 

Nie wolno mi, będąc szczęśliwą, zapomnieć o smutku trwale przyklejonym do serca. 


Swoboda kojarzy mi się z obutymi stopami, ale też stopami dotykającymi podłoża, wymagającymi od niego oparcia. Zakładać buty to mieć przed sobą drogę, kupować buty to mieć nadzieję, że tych dróg przede mną jeszcze przynajmniej kilka. 

Myślę dziś o nich. Mają swoje najniższe półki w mojej zasuwanej szafie. W cięższych chwilach wyobrażam sobie, że przyjdzie dzień, w którym spakuję każdą sportową parę i wystawię dla chętnych. Tym gestem zamknę przed sobą góry, możliwość biegania, tańca, wędrowania godzinami. 


Nie jestem w stanie przewidzieć, jak wyglądałby taki dzień, gdy wszystko byłoby już przesądzone. Widzę tylko siebie płaczącą dzień po dniu, odtwarzającą z pamięci każdy swobodny taniec, przebiegnięte kilometry, rozciągnięte na macie, wytrwałe ciało. 


A potem, gdy wyschłyby mi oczy, zapadałaby we mnie wielka cisza. 

I któregoś dnia, zupełnie nie planując tego, zaczęłabym poruszać się bezwiednie po swojej codzienności.

Nie zaprzęgając już tego co bezsilne, a korzystając z tego, co w moim ciele wciąż owocne.  


Jestem przekonana, że żeby było to możliwe, ostatni spacer powinnam odbyć boso, zupełnie sama. Wzdłuż rzeki swoich łez, przyglądać się temu, co musi z jej nurtem odpłynąć. 


Spojrzenie w oczy prawdzie to najlepsze oparcie dla nadziei. 


Komentarze